Sławomir Mrożek, Słoń


Z Mrożkiem polubiłam się od samego początku. Najpierw było tytułowe opowiadanie z tomu „Wesele w Atomicach”, które przerabiałam w podstawówce i tak naprawdę niewiele z niego wtedy rozumiałam; w głowie miałam jedynie niejasną definicję groteski, a mimo to podobało mi się na swój sposób. Gdzieś potem dorwałam się do „Śpiącej królewny” (we fragmentach? a może całości?). Podobało mi się tak bardzo, że przeczytałam ją (na pewno) kilka razy. W zeszłym roku „Tango”, a teraz „Słoń” i nic nie wskazuje na to, żebym Mrożka w moim uwielbieniu miała porzucić. 

„Słoń” to podobno klasyka twórczości Mrożka. Nie wiem, na ile prawdziwe jest to stwierdzenie, bo w każdym z przeczytanych przeze mnie wcześniej opowiadań (lub dramatu) można odnaleźć te same cechy. Mistrzowskie posługiwanie się groteską, bardzo treściwa forma, narracja, w której łatwo się odnaleźć. Każdemu, kto Mrożka już czytał, nie trzeba tego tłumaczyć - ten styl albo się lubi albo nie (ale na szczęście więcej jest zwolenników). 

„- To  ja byłem chorążym piątego pułku.
- Aha”
(Mrożek jest absolutnym mistrzem dialogów)

Opowiadania w „Słoniu” są przerażająco krótkie; dwie, cztery strony bez wyraźnej puenty. Zaskakują, ale nie są szokujące, treść niczym w przypowieściach kryje w sobie drugie dno, które można odczytać, jeśli dysponuje się właściwym kluczem. Jeśli takiego klucza się nie posiada, można po prostu zachwycać się zewnętrzną warstwą tych opowieści - kreacją bohaterów, dobieraniem słów, balansem między śmiesznością a kiczem.

Po raz pierwszy mam ochotę mówić o każdym z opowiadań, które znajdują się w tomie (oznacza to, że albo wszystkie wzbudziły we mnie wyraźne i łatwe do nazwania odczucia, albo jestem sadystką, bo w „Słoniu” opowiadań jest aż czterdzieści jeden). W moim ulubionym, które właściwie powinno być etykietką tego tomu, dzieci lepią bałwana. Wieczorem wracają do domu zadowolone, z czerwonymi policzkami. Po kolacji do drzwi puka puka sprzedawca gazet, oskarżając dzieci o to, że, lepiąc bałwana, chciały go ośmieszyć, bo tak jak on bałwanek ma czerwony nos (a czerwony nos u gazeciarza to nie skutek nadużywania alkoholu, gwoli ścisłości, ma on czerwony nos bo stoi na zimnie i mrozie). Dzieci oczywiście zaprzeczając jakoby chciały urazić czerwonym nosem bałwanka sprzedawcę gazet, ale ich ojciec na wszelki wypadek stawia je do kąta. Chwilę później z pretensjami przychodzi prezes gminnej spółdzielni, mówiąc, że stawiając śniegową kulę na kuli dzieci chciały pokazać, że w spółdzielni jeden złodziej siedzi na drugim. Ostatni wpuszczony przez ojca gość, przewodniczący Rady Narodowej, twierdzi, że dzieci ulepiły bałwanka z guziczkami, śmiejąc się z tego, że on chodzi porozpinany (a przecież może sobie chodzić jak chce i dzieci nie mają prawa się z niego śmiać). Dzieci znowu zostają zrugane przez ojca i zmuszone do klęczenia na twardej podłodze. Puenta? Kiedy następnego dnia wychodzą na dwór, wcale nie chcą lepić zwykłego bałwanka („takiego zwykłego bałwanka to nie jest żadna zabawa. Lepią zatem pana, który ma czerwony nos (bo pije wódkę) i guziczki (bo chodzi porozpinany).

kadr z filmu "Frank", reż. Lenny Abrahamson
„Stryjek nigdy nie wychodził z pokoju. Siedział stale przy wysokim pulpicie i pisał. Musiało to być coś interesującego, skoro pisał już od lat czterdziestu jedno i to samo”

Osadzone w nieokreślonej czasoprzestrzeni, w bezimiennych miastach opowiadania Mrożka ośmieszają komunistyczną propagandę. Groteska odsłania fałsz, pod nosem obśmiewa zakłamanie, chciwość, bezmyślność. Próżno szukać tu smutnych albo mrożących krew w żyłach opowieści, nie o to chodzi. Zamiast historii prawdziwych ludzi, opowieści w wersji komiksowej, czarny humor odsłaniający rzeczywistość. Aż chciałoby się powiedzieć, że "Słoń" to najprawdziwsza książka jaką można byłoby napisać. 


*"Słonia" przeczytałam dzięki uprzejmości Noir Sur Blanc
212 stron, Noir Sur Blanc, 2014

6 komentarzy:

  1. Bardzo lubię Mrożka, a "Słonia" uwielbiam. Szczególnie "W szufladzie"!
    Mam takie małe wydanie z Noir Sur Blanc, często je ze sobą noszę :)
    Nie pamiętam, czy czytałaś listy Lema i Mrożka? Jeśli nie, polecam gorąco, bo w nich też widać ten wspaniały styl i dowcip.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. listów nie czytałam, ale nadrobię :) "W szufladzie" jest urocze, cały ten zbiór ma w sobie coś takiego, co innym słowem niż 'urocze' trudno nazwać

      Usuń
  2. Uwielbiam Mrożka. Wszak to twórca mojego życiowego hasła: "Jedno będzie prawo i jedna owczarnia" - stąd owca prawnik. Stryjek pewnie zawiesił się na pierwszym zdaniu. Też tak mam, ale od trochę mniej niż czterdziestu lat. Co nie zmienia faktu, że mnie cytat nie pociesza. Nic a nic. Skończę jak stryjek ):

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wszyscy skończymy jak stryjek, owco, tkwimy w błędnym kole, z którego ciężko się wyrwać, bo niby każdy chciałby być inny i rozpoznawalny, ale jednak nikt nie lubi odstawać.
      im dłużej myślę nad tym cytatem tym jest bardziej smutny. groteskowy smutek? a to ci dopiero.

      Usuń
    2. Za to kochamy groteskę, droga Joanno, że po chwili uśmiechu nachodzi nieuśmiechnięta refleksja.

      Usuń
    3. tyle razy przerabiałam Mrożka i na żadnej lekcji nikt nie potrafił tak prosto sformułować tego, o co właściwie w grotesce chodzi. więc nauczanie literatury w szkole (powtarzam za Hłasko) jest do kitu, a Mrożek jest mistrzem.

      Usuń